To co się dzieje z Bridget, to nie do końca wina Stephanie. Ma ona w tym wszystkim swój udział, ale zadecydowały wspomnienia, które wyszły znów na wierzch. Wcześniejszy romans Deacon'a z Brooke mocno wrył się w jej pamięć, że obecne podejrzenia o zdradę przypomniały jej poprzednie doświadczenia, i to wszystko się skumulowało. Dziewczyna jest tutaj największą ofiarą.
Mimo wszystko, dobrze, że doszło do tej konfrontacji - lepiej wykrzyczeć złość, niż ją kumulować i dusić w sobie.
Uważam, że największą winę za tę sytuacje ponosi Nick, który nie potrafił jasno opowiedzieć się po którejś z nich. On nie był szczery wobec Brooke i Bridget. Gdyby był jednoznaczny w swoich postawach, myślę, że Bridget by nie cierpiała.
Brooke - według niej Nick jest jej przyjacielem. Nawet, jeśli w przeszłości łączyło ich wielkie uczucie. Jej "wykroczeniem" jest to, że nie potrafiła odeprzeć dwuznacznych zachowań chłopaka córki. Nie widzę w zachowaniu Brooke egoizmu - raczej brak stanowczości oraz wyczucia. Mogła pomyśleć, że Brisdget ich obserwuje a te wszystkie ich rozmowy były niejednoznaczne.
Cała ta sytuacja nie jest klasyczną zdradą, raczej związek bliskich przyjaciół, którzy sobie starają pomagać. Bridget zobaczyła ich kilka razy i zinterpretowała to, jako fakt zdrady.
Brooke i Nick nie mieli szans w starciu z nią. Dobrze, że się ten związek zakończył - ale pomysł aborcji jest pochopny. Niech wyjedzie na kilka dni i to przemyśli.
Taylor postawiła się mężowi - bardzo dobrze. Ridge zachowuje się egoistycznie.
