Nareszcie udało mi się nadrobić ponad 20 zaległych odcinków i wreszcie dziś mogłem obejrzeć MnS "na żywo".
Podpisuję się pod tym, co napisała Nutelka - Brooke błagająca o miłość jak o resztki ze stołu zeszmaca się dokumentnie.

Już nawet Stefa nie musi nazywać rzeczy po imieniu, bo zachowanie Brooke samo w sobie upadla ją do tego stopnia, że wyzwiska nie są potrzebne.

Całe szczęście za tydzień wyjeżdzam i nie będę musiał oglądać starych sztuczek Logan, które z całą pewnością się pojawią.
Mam przeczucie, że gdybym zaczął przyjmować zakłady o to do czego posunie się Brooke, zbiłbym spory kapitał. Stawiam przede wszystkim na: paradowanie nago, zakradanie się do sauny i chowanie się pod łóżkiem.
Pomysł Stephanie z przyjęciem - przedni.

Brak wam poczucia humoru, skoro was to oburza.

Przynajmniej Steph się nie kryje z tym co naprawdę myśli i każdemu mówi to samo, a nie to co Wielka Cierpiętnica - dla Thorne'a jeden jęcząco-płacząco-błagalny speechyk, dla Ridge'a inny. Raz w prawo, raz w lewo - jak organami rozrodczymi, tak i językiem.
I jeszcze mały komentarz "zawodowy" - skąd im się wziął pomysł, aby 'soulmate' tłumaczyć jako 'przyjaciel od serca' pojąć nie zdołam.
