Dawidek pisze:Chyba Brooke przestraszyła się oskarżeń, że wiąże się ze wszystkimi członkami rodzinty Ridge'a. Tym razem Stephanie nie będzie miała argumentu, że zwiiązała się z kolejnym Forrester'em. A tak na poważnie, trochę nie rozumiem paniki Brooke. Ona, tak jak inni, wiąże się z konkretnym facetem, a nie z osobą, która ma więzy krwi z kimś innym. Nie powinna się w ogóle przejmować tym faktem, że Nick jest bratem Ridge'a. Może przestraszyła się tego, że znów będzie toczyć wojnę z Massimo.
Zastanawiam się, kto jest cztim agentem. Deacon jest Agentem Macy, czy odwrotnie. Macy się mocno zaangażowała w pomocy Deacon'owi. Teraz zastanawiam się, czy Deacon ma jeszcze to swoje mieszkanie nad barem, którego był szefem, czy musiał je oddać innemu szefowi. Wynajęty dom wygląda całkiem fajnie.
Przyznać muszę, że Macy i Deacon fajnie wyglądają.
Bardzo miło było widzieć Ridge'a i Thorne'a w znakomitych relacjach.
Zapowiedź następnych odcinków była świetna. Oby więcej było takich.
"Stephanie nie będzie miała argumentu,że Brooke związała się z kolejnym Forrester'em" --- > Nick nie jest Forrester'em, Dawidku.

Tylko Maron'em. Dlatego więc argument upada, który zawsze mogła użyć Stephanie. Ponadto, wiązanie się z Forrester'ami przez Brooke nie jest równoznaczne, tak mi się wydaje, z wiązaniem się przez Brooke z członkami rodziny Ridge'a. Nie sądzę też,że Stephanie będzie w ogóle dbać o kwestię potencjalnego związku Brooke z Nick'iem, bo kim niby Nick dla niej jest? Jeśli chodzi o kwestie pokrewieństwa, to nikim.
Z tego co się orientuję (drogą wnioskowania wyprowadzonego dzięki percepcji i obserwacjom), Deacon stracił ten piękny pokój na górze. Bo skoro mieszka w obskórnym pokoju, to znaczy,że nie mieszka w tamtym ekskluzywnym, a skoro nie mieszka w tamtym ekskluzywnym, to znaczy,że je stracił (zważywszy na okoliczności faktyczne

-pił)-zawsze mógłby się wyprowadzić do obskórnego, ale po co? By zaoszczędzić? To zdecydowanie odpada.
Deacon jest agentem April. Przynajmniej był do jakiegoś czasu. Macy w ogóle zaczęła karierę?
Też to jest takie maxymalnie naciągane,że Macy poznaje faceta, którego życie to czysta ruina, nagle go bardzo lubi i aż proponuje mu wspólne zamieszkanie. Dziwna mentalność Amerykanów.

If you can't beat them, join them...