Normalnie cieszę się, że te odcinki się skończyły...
Jakoś nie przekonuje mnie radość z widoku zmartwychwstałej bądź co bądź Steffy, to wszystko takie sztuczne i nieprwadziwe...ale co tam niech się cieszą! Należy im się choć będę tęsknić za Morgan...

bo pewnie długo sobie już nie pogra, tak rozumiem...
Teraz z większych idiotyzmów i absórdów. Zachowanie Sally zawsze mnie irytowało i było często żałosne ale teraz przeszła samą siebie...

Dobrze że wszystko przypomina jej się z takim opóźnieniem...rok myślała i wymyśliła, że czas się mścić = czyli pewnie wrócić do swoich zwyczajów, krętactw, złodziejstw i podłości... No jak rok jej zajęło, zanim przypomniała jej się córka, to nic dziwnego, że nawet nie zauważyła zniknięcia Kim (którą podobno jak córkę traktowała i miała się nią opiekować), ani zniknięcia własnego syna, który z innej beczki dość szybko zapomniał o obietnicy danej umierającej Becky i błyskawicznie odkochał się i zapomniał o Amber i dziecku swojej zmarłej żony...
Z dwojga złego wolę Forresterów, którzy mają jednak lepszą pamięć...
Dziwię się, że Brooke zachowała spokój,

ale z drugiej storny, po co wdawać się w dyskusję z kimś tak nieobliczalnym i agresywnym....